Przez długi czas wydawało mi się, że jeśli już coś zaczęłam, to powinnam to konsekwentnie ciągnąć dalej. Blog miał być miejscem, w którym będę dzielić się swoimi doświadczeniami z tradingu, pisać o emocjach, błędach, rynku, pieniądzach, kobietach w tradingu i całym tym pięknym bałaganie, który nazywam życiem traderki. I rzeczywiście — napisałam sporo. Ale w pewnym momencie zaczęłam zadawać sobie bardzo niewygodne pytanie: Czy ja naprawdę chcę jeszcze więcej pisać, czy może chcę po prostu więcej zarabiać na tym, czego nauczyłam się przez lata? I odpowiedź okazała się zaskakująco prosta. Nie chcę już budować kolejnego bloga tylko po to, żeby go budować. Chcę skupić się na tradingu. Nie zaczęłam tradingu wczoraj Trading nie jest dla mnie modnym hobby znalezionym wczoraj na TikToku. To lata nauki, obserwowania wykresów, testowania strategii, popełniania błędów, tracenia pieniędzy, odzyskiwania kontroli, analizowania własnej psychiki i uczenia się przede wszystkim jednej rzeczy:...
Na początku tradingu wydawało mi się, że dobry trader jest cały czas w rynku. Skoro wykres żyje, świeczki tańczą, a internet co chwilę krzyczy o "niepowtarzalnej okazji", to przecież trzeba działać. Prawda? No właśnie nie. Jedna z najważniejszych lekcji, jakich nauczył mnie rynek, brzmi bardzo nieefektownie: czasami największym zyskiem jest brak transakcji. Brzmi nudno? Bo jest nudno. I właśnie dlatego tak niewiele osób potrafi to robić. Cisza też jest strategią. Rynek nie ma obowiązku codziennie dawać nam idealnych okazji. To my często próbujemy je na siłę znaleźć. Patrzymy na wykres przez godzinę, potem przez dwie. Nagle zaczynamy dostrzegać formacje, których wcześniej nie było. Linie wsparcia rysujemy już chyba ołówkiem do brwi, byle tylko pasowały do naszego pomysłu. A potem klik. I po kilku godzinach okazuje się, że jedynym logicznym elementem całej transakcji była prowizja pobrana przez brokera. FOMO jest drogie. Strach przed tym, że "ucieknie nam okazj...